“In The Mood For Love” - “Spragnieni Miłości” Wong Kar-Wai

itmfl-1.jpg

 

 

 Jest taki film, którego oglądanie w moim przypadku nie prowadzi do znudzenia. Co prawda, nie zamierzam trafić do Księgi Guinessa, ani stawać w szranki z innymi zapalonymi record-breakers’ami, ale osobiście jest to dla mnie mały rekord - duża satysfakcja i wielka przyjemność z oglądania filmu.
Bezsprzecznie należy do mojej listy Top Ten, zaś jeden z tych filmów Wielki Błękit - The Big Blue zostało już wcześniej przeze mnie opisane ( http://www.paucisverbis.com/6)

Mowa o filmie “In The Mood For Love” ( ITMFL ) czyli “Spragnieni Miłośći”- Wong Kar Wai’a - oglądane już 9 razy - podziw to wielokrotność 9 i tyleż samo niesamowitego wrażenia co wzruszeń.

 

 Film, który miał być w zasadzie pokazywany na “odchodne” w ostatni dzień Festiwalu w Cannes 2000 - coś w rodzaju ładnej maskotki na zwykły “deser”, stał się absolutną sensacją, zdobywając zresztą Złotą Palmę.

Porażał swoją “zwyczajną-ponadprzeciętną - innowacyjnością” w opowiadaniu zwykłej mogłoby rzec historii, tak trywialnej jak zeszłoroczny śnieg. 2 młode małżeństwa wynajmują mieszkanie obok siebie. Wszyscy są piękni, modni i wydaje się, że jak na owe czasy (nostalgiczny Hong Kong w 1962 roku ) pracują w ciekawych zawodach i firmach. Los chciał, że pan i pani z sąsiedztwa zakochują się w sobie , ale to nie oni są bohaterami. Ludzi, których ten film dotyczy, to zdradzony Mąż i zdradzona Żona, którzy w chwili , gdy dowiadują się o zdradzie, pogrążeni się w swoich smutkach, odnajdują w drugiej osobie wsparcie i powoli odkrywając w niej bratnią duszę, stają się wobec siebie coraz bliscy , tak blisko, że zostają “kochankami-niekochankami”. Najpierw broniąc się przed swoimi uczuciami za kotarą “próby rozwikłania” tego, w jaki sposób ich małżonkowie mogli doprowadzić do zdrady, a potem zbliżają się do siebie, tak, że wszystko staje się nieistotne, bo liczą się tylko Oni .

I odpowiedź na nurtujące ich pytanie staje się banalne - tak jak oni - z czasem, powoli, przy sprzyjających okolicznościach ich małżonkowie przestali być tylko sąsiadami. Tak po prostu…..tylko tyle i aż tyle.

Dylemat moralny….

 Czy zdrada współmałżonka uprawnia Cię do takiego samego “zachowania”? Odpowiedź brzmi nie. Ale jeśli to się stało przypadkiem, w sytuacji gdy jesteś “ofiarą” swojego zdradzającego współmałżonka , gdy twoje małżeństwo/związek praktycznie już nie istnieje i to nie z Twojego powodu…To czy jest to zdrada czy nie ? Co to jest ? Jak to określić? Mała zdrada? Wynagrodzenie ze strony losu za poniesione szkody moralne? Czy jeśli ktoś inny cię zdradza to jest to zdrada, ale gdy tobie przytrafia się samorzutnie to nie jest już zdradą? Może to po prostu samo życie i nic innego?

Czy chcąc zachować się honorowo, by ” Nie być tacy jak oni” zrezygnujesz, z jak się okazuje prawdziwej miłości, składając tym samym ofiarę ze swej miłości ? Czy takie poświęcenie nie jest zbyt wielkie? Czy tak złożona ofiara nie jest w zasadzie… moralnym egoizmem ? Bo unieszczęśliwiasz w ten sposób i siebie i drugą osobę w imię pewnych, z góry założonych wartości i oczekiwań , podyktowanych przez gorset społeczny, które mówi ci co wolno a czego nie, lecz które nie jest adekwatne do tego co ludzkie, do tego, co ty tak naprawdę czujesz, wobec którego jesteś bezsilny ?

Wszak  ”Nie pozwól, aby twoje zasady moralne odwiodły cię od zrobienia tego, co słuszne.” ( I. Asimov) . Gorset ten, służąc instytucjom w kontroli poprawności zachowań ludzi w danej tradycji - w tej sytuacji chińskiej tradycji konfucjańskiej, dla której zdrada i związki poza małżeńskie są wstydliwym tabu, nie pozwala, a raczej utrudnia bohaterom wyrwanie się ze społecznych norm.

Jednak wydaje się, że to wszystko było w zasięgu Ich ręki, wybór należał do Nich - gdyby tylko chcieli i to pomimo zewnętrznych ograniczeń. Rozwiązaniem, które de facto było stanem zawieszenia była ucieczka i wycofanie się.

Środki artystyczne i aktorzy

Każde ujęcie wspaniale ukazuje swój artyzm i kunszt reżyserski Kar- Wai’a i w moim mniemaniu, nie wolno było inaczej tej historii opowiedzieć. Nasycone kolory w odcieniach ciepłej czerwieni, żółci i brązu to wszystko oddaje atmosferę ni to sielanki, ni to nieśpiesznego rozwoju akcji w tym jakże żywotnym mieście.

Czuć tu starym Hong Kongiem lat 60′tych, smak dekadencji na styku Zachodu i Wschodu, a także niepokojów społecznych ( czas rozruchów spowodowanych podniesieniem cen biletów promów transportowych, strach przed prochińską lewicą w parlamencie, która coraz bardziej otwaracie sprzeciwiała się brytyjskiemu panowaniu, do tego dotkliwa susza i niszczące tajfuny).

W takim oto nastroju, w tle kipiących życiem ulic i zagonionych pracą Chińczyków powoli rozwija się historia naszych bohaterów.

Piękne w filmie są “Qipao” typowe chińskie sukienki, w których główna aktorka przy okazji prezentuje się “jak na wybiegu”.

Co do pary aktorskiej uważam, że to był jak najbardziej trafiony wybór reżysera - dyżurny aktor Hongkong’u czyli Tony Leung wraz z równie utalentowaną aktorką i przyjaciółką po fachu Maggie Cheung dokonali kawał dobrej roboty.

Niby oglądamy ich z zewnątrz, widząc “czyjąś” historię, ale jednocześnie mamy świadomość, że do bólu zwyczajna historia jest tak naprawdę niezwyczajna, bo w gruncie rzeczy może każdego nas dotyczyć. Dlatego w moim mniemaniu film uderza w głebokie struny i tak wzrusza. (Tym bardziej wzrusza tych, którzy byli w tych miejscach w których rozgrywała się akcja - Hong Kong, Singapur i wreszcie nostalgiczny koniec w Kambodży wśród świątyń Angkor-Watu…)

itmfl-3.jpeg  itmfl-5.jpg

 

 

 

Muzyka

Bez muzyki nie ma filmu. Ten film to muzyka, ta muzyka należy do tego filmu.

Ścieżka dźwiękowa jest utrzymywana w taktach muzyki hiszpańskiej z kultowym już głosem Nat King Cole’a i jego nieśmiertelnymi “Quizas, quizas, quizas” oraz “Aquellos Ojos Verdes”.

A także niezapomniany Shigeru Umebayashi, który nadaje filmowi uroku komponując klimatyczne utwory , szczególnie polecam ” Yumeji’s theme”.

Znaczącą piosenką, której nie ma w filmie, lecz która stała się inspiracją do nadania filmowi tytułu przez WKW tytułu jest …” In the mood for love ” Bryan’a Ferry’ego. Słuchając ten utwór, ma się wrażenie, że oddaje całkowicie charakter filmu - romantyzm przeplatany ze smutkiem i tęsknotą za czymś pięknym i ulotnym jak miłość - a tak właśnie czuli się bohaterowie.

Pewna osoba powiedziała mi, że gdy po raz pierwszy usłyszała piosenkę, a to było po wielokrotnym obejrzeniu ITMFL miała nieodparte wrażenie, że piosenka zawsze była razem z filmem - jej integralną częścią.

itmfl-4.jpeg

Na temat filmu zawiązała się kiedyś moja dyskusja z kolegą Pawłem ( tu :  http://zeranskipawel.blogspot.com/2007/05/in-mood-for-love.html  ). Różni ludzie mają różne spojrzenia na film. Chcę żebyście poznali także poglądy innych. Wszak to wszystko to bardzo subiektywna sprawa.

Ten film jest jak wino - im więcej się ogląda tym więcej się przeżywa i widzi .

Ważny jest także czas, dojrzewa się wraz z tym filmem, rozumie się rzeczy, których wcześniej się nie rozumiało i nie dostrzegało.

Ma się także więcej wyrozumiałości dla takich a nie innych Wyborów bohaterów czyli ludzi takich jak My.

Zatem, oglądajcie !

 

itmfl-2.jpeg

 

Leave a Reply